![]() |
| From Giżycko |
Zdziwiłem się bardzo, kiedy pewnego dnia wróciłem z pracy i zobaczyłem, że cześć pola, którą widziało się z podwórka jest zaorana. Z nieukrywaną radością rodzice poinformowali, że tak wygląda cała reszta, również ukryte za wzgórzem i skrawkiem lasu. Potem ze szczegółami opowiadali, że wczesnym rankiem zauważyli, jak na naszą ziemię wjeżdżają kolejno sąsiedzi i zaczynają orkę. Ojciec w pośpiechu zaprzągł do pługa również swojego konia i wyruszył do nich. Nie ukrywał, że był miło zaskoczony taką pomocą. Tamci z uśmiechem odpowiedzieli, że wśród sąsiadów nie może być inaczej i po chwili odpoczynku ponownie kontynuowali pracę.
Po polu zarośniętym trawą i chwastami, poruszali się jeden za drugim rolnicy wywodzący się gdzieś z terenów Kurpiowszczyzny, Mazurzy z dziada i pradziada, którzy urodzili się i wyrośli tej małej wiosce oraz ojciec - wygnaniec z Kresów Wschodnich. Wszyscy tak samo wyorywali równe bruzdy, przygotowując glebę pod wiosenne siewy.
Jeszcze nie zdążyło rozpocząć się lato na dobre, jak wymieniliśmy zgniłe deski w podłodze, ale „ruskiego” pieca nie wybudowaliśmy. Mama nauczyła się gotować na nowej kuchence, a i sposób zagospodarowania poszczególnych pokoi zmieniliśmy na bardziej dogodny. Kupiliśmy też parnik do gotowania ziemniaków dla naszych świnek, wyprowadzając tę uciążliwą czynność na podwórko. Warunki zamieszkiwania wyraźnie zmieniały się na bardziej przyjazne.
Minęła zima i wiosna, rozpoczęło się lato, podczas którego można z łatwością obejść się bez oświetlenia sztucznego. Właśnie o tej porze wzdłuż drogi do wsi i na naszej krótkiej ulicy stanęły drewniane słupy, na których prawie natychmiast zawisły przewody elektryczne. Podczas tych długich dni wypadało zaczekać, aż słońce skryje się za lasem, a do mieszkania zawita mrok, by pstryknięciem przełącznika oświetlić naszą kuchnię i pokoje. Technika i współczesność dotarła wreszcie i do nas.
Zaangażowanie i radość promieniująca od rodziców podczas pierwszych wiosennych prac w polu, kiedy nadszedł czas składania do gleby ziaren zbóż i nasion warzyw, w większym lub mniejszym stopniu docierały do mnie i braci. Widocznie godziny spędzone na kołchozowym polu nie miały żadnego wpływu na odwieczne nawyki rodziców, a moja psychika nie uległa nadmiernym zmianom, bo w kołchozie pracowałem krótko, razem ze swoją szkołą. Jeśli nastąpiło jakieś wykoślawienie, to widocznie nie było zbyt wielkie i pozbyłem się go bez żadnego wysiłku.
Młodsi bracia nie zdążyli pracować w kołchozie, więc nie mieli żadnych naleciałości radzieckiego sposobu na udawaną pracę. Na swoim polu nawet przez myśl nie przeszło, że można coś zmarnować. Chyba najbardziej uroczyste były pierwsze żniwa. Pracowaliśmy całą rodziną. Razem z ojcem kosiłem, a bracia i mama „podbierali” nasze żyto i wiązali w snopki. Czasami któryś sąsiad podchodził do nas. Chwilę stał, rozmawiał, przyglądał się jak pracujemy. Widocznie pragnął zobaczyć czy potrafimy być prawdziwymi rolnikami. Jak bardzo widoczna była wtedy radość rodziców, którzy po kilkuletniej przerwie ponownie pracowali na swoim. W jakich warunkach byśmy mieszkali i na co bylibyśmy narażeni, gdyby zostali na Wschodzie? O tym nie rozmawialiśmy, nawet nie próbowaliśmy tego zgadywać.
W pamięci pozostało też któreś kolejne upalne lato, kiedy zachęciliśmy ojca, żeby pojechał do Gdańska ze swoim bratem, który w tym czasie odwiedził nas. Ojciec długo nie chciał zgodzić się na tę wycieczkę. Nie wyobrażał sobie, że może znaleźć się poza domem w trakcie żniw. Udało się jednak przekonać argumentami, że będziemy pracowali bardzo starannie i może zaufać nam w pełni.
Na ostatnim łanie żyta, bezpośrednio pod ścianą lasu, gdzie nie docierał żaden powiew wiatru, a słońce grzało jak w Afryce, pracowaliśmy całą czwórką z największą zawziętością. Pot spływał strumieniami. Nie wiem, czy bardziej było męczące koszenie, czy przemierzanie pola z rękoma przy ziemi i nisko pochyloną głową podczas „podbierania” zboża. Byliśmy dumni z siebie, chyba nie mniej niż mama, która czekała na nasz powrót z pola, gotując obiad. Ojciec po powrocie z Gdańska wyraźnie się cieszył. Wtedy chyba wyjątkowo mocno poczuliśmy, że nasze jest zarówno zboże jak i pole, na którym urosło, że tu jest nasz dom. Ile lat mieli wtedy dwaj najmłodsi bracia?.. Na pewno już ponad dziesięć...
W międzyczasie skończyła się moja praktyka - staż na PKP i zostałem zatrudniony na stanowisku magazyniera handlowego. Do moich obowiązków należało, mówiąc w skrócie, przyjmowanie od nadawców tj. firm państwowych i Gminnej Spółdzielni - chyba jedynej jednostki spółdzielczej, przesyłek wagonowych i przekazywanie odbiorcom podobnych, z najróżniejszymi artykułami spożywczymi i przemysłowymi, które nadchodziły z całego kraju. W tamtych latach przewóz towarów na większe odległości odbywał się za pośrednictwem PKP, a rola transportu samochodowego ograniczała się głównie do przewożenia ładunku z wagonów do magazynów i odwrotnie.
Starzy magazynierzy informowali, już w okresie szkolenia, że obowiązki nie są nadmiernie skomplikowane, ale prawie codziennie pracownicy tego działu świadomie naruszają przepisy, narażając się nie tylko na ewentualne kary dyscyplinarne. Dość często, szczególnie pod koniec dnia, występowało spiętrzenie zadań. W tym samym czasie należało sprawdzić stan ładunku w poszczególnych wagonach, czasami ilość worków lub skrzyń, a jednocześnie wykonać pracę biurową, tj. przygotować dokumenty przewozowe, bez których żaden wagon nie mógł odjechać ze stacji. Przestój wagonu na stacji był nie do pomyślenia. Groziła za to wysoka kara. Z tego powodu, dość często sporządzenie dokumentów odbywało się kosztem dokładnego sprawdzenia stanu i ilości ładunku w wagonie. W takiej sytuacji należało wierzyć w prawdziwość oświadczenia przedstawiciela nadawcy. Starsi stażem pracownicy pouczali, że znanym i uczciwym osobom można zaufać.
Początkowo takie informacje traktowałem jako dowód na brak operatywności ze strony niektórych pracowników, ale już po pierwszych samodzielnych dyżurach przekonałem się, że nie jeden raz będę zmuszony zaufać osobie, której nie znam. W przygotowaniu dokumentów przewozowych zastąpić mnie nikt nie mógł, a uczciwemu przedstawicielowi nadawcy mogłem uwierzyć i potwierdzić, że stan jest zgodny z załączoną fakturą, a potem zaplombować wagon.
Takie warunki prowokowały niektórych nadawców i odbiorców do nadużyć, które występowały na każdej stacji w większym lub mniejszym stopniu, a najczęściej miały miejsce podczas przewozu artykułów monopolowych, innych łatwo tłukących się i narażonych na uszkodzenie podczas transportu. Rodziły się problemy z ilością lub wagą towaru.
Wyjątkowe były przypadki, kiedy na stacji docelowej nie było zbitych butelek wódki lub wina. Rzadziej uszkodzeniu ulegały butelki z olejem, a wyjątkowo z octem. Pamiętam, jak starszy kolega jeszcze na etapie, kiedy byłem „na praktyce” pouczał, że im mniej jest faktycznie potłuczonych butelek, talerzy itp., to tym więcej można skorzystać, bo w protokóle o ilości „stłuczek” nie można zaniżać danych w porównaniu do przeciętnej z okresu minionego.
O tym problemie opowiadałem w domu i słyszałem dość stanowcze ostrzeżenie rodziców, a szczególnie ojca, że wcześniej czy później takie okradanie Kolei i Państwa doprowadzi do więzienia. Uzupełniał wypowiedź, że to nie jest kołchoz, gdzie nie było innego wyjścia i czasami należało podejmować ryzyko ratując się przed głodem. Wykonując swoje obowiązki również musiałem sporządzać protokoły o uszkodzeniach i braku towaru, stwierdzonych podczas rozładunku wagonów. Czasami taki dokument powstawał jedynie na podstawie informacji przedstawiciela odbiorcy. Wiedziałem, że dane przeważnie są zawyżone, ale nie przekraczają „średniej”, którą zwierzchnicy również akceptują bez większych podejrzeń. Nie zawsze, ale czasami, tak jak koledzy z większym stażem, musiałem wierzyć, że przedstawiciel nadawcy albo odbiorcy mówi prawdę.
Kontrolerzy dochodzeniowi dość często przesłuchiwali pracowników naszego działu, próbując uzyskać przyznanie się do niedokładności lub do wykonywania czynności z naruszeniem obowiązujących przepisów, na etapie za lub wyładunku towarów. Oczywiście nikt nie mógł przyznać się do tego, w jaki sposób faktycznie wspomniane czynności są wykonywane. Każdy pracownik twierdził, że osobiście wszystko dokładnie przeważył albo przeliczył i wszystko odbyło się zgodnie z obowiązującymi przepisami. Oczywiście, takie sytuacje też miały miejsce. W niektórych okresach, przy mniejszym nasileniu przewozów mogły być nawet regułą. Jeśli przesłuchanie miało miejsce po upływie kilku tygodni, albo miesięcy od momentu, w którym wydarzenie miało miejsce, to magazynier czasami sam nie wiedział, jaki przebieg miał załadunek lub rozładunek tego konkretnego wagonu. Podobnie było chyba na całej sieci PKP. Najczęściej sprawca braków pozostawał nieznany, a Kolej płaciła odszkodowania. Ale czasami docierały do nas informacje, że na którejś stacji wykryto zorganizowaną grupę, zajmującą się kradzieżami z wagonów na większą skalę.
Nie byłem z tego wszystkiego zbytnio szczęśliwy i chyba z ulgą przyjąłem wezwanie na Komisję poborową. Było to we wrześniu 1960 roku. Na wezwanie stawiłem się jeśli nie z entuzjazmem, to na pewno bez żadnych oporów, bo nie czekała na mnie służba w Armii Radzieckiej, a w Ludowym Wojsku Polskim. Wiedziałem, że również z drugiego końca kraju do domu nie będzie daleko. Badanie lekarskie wykazały, że mam kategorię zdrowia „A”, że na nic nie skarżę się i nie ubiegam się o żadne odroczenie. Minęło jeszcze kilka tygodni i otrzymałem wezwanie do zgłoszenia się do jednostki wojskowej, w Oświęcimiu. Miałem służyć w dywizji powietrzno-desantowej. Zmartwiło to rodziców, ale nie podzielałem ich niepokoju, bo nie jeden raz słyszałem jak państwo troszczy się o wszystkich swoich obywateli, a wojsko otacza szczególną opieką i mimo dość forsownych ćwiczeń, żadnego żołnierza nie spotkała krzywda. Ponadto dość często słyszałem w radiu i czytałem w gazetach, że obóz państw socjalistycznych nikomu nie zagraża, ale jednocześnie jest na tyle silny, że nikt nie odważy się rozpocząć nowej wojny. Byłem przekonany, że cały okres służby będzie jedynie męską przygodą i minie w warunkach pokoju.
Wiedziałem, że służba wojskowa trwa tylko dwa lata i po jej zakończeniu zdrowy i cały wrócę do domu. Zostałem skierowany do jednostki wojskowej, w której podobno stawiano żołnierzom najwyższe wymagania, ale nie czułem najmniejszych obaw. Wiedziałem, że fizycznie jestem przygotowany do znacznego wysiłku, a jeszcze bardziej wierzyłem w swoją wytrzymałość pod względem psychicznym.
Realia, z którymi zetknąłem się w koszarach nie spowodowały zmiany poglądów na ten temat, chociaż nie było lekko. Nawet warunki zakwaterowania nie mogły być zaliczone do łatwych, bo w jednej sali spało ponad czterdziestu żołnierzy, a między łóżkami ustawionymi piętrowo odległość wynosiła około pół metra. Musiało tam się zmieścić czterech żołnierzy, na czas się ubrać i dokładnie pościelić łóżka.
Tak się złożyło, że moje było tuż obok drzwi wejściowych i już w pierwszych dniach służby w pewnym momencie musiałem głośno zameldować kapralowi, czym się zajmują żołnierze w danym momencie. Obowiązek ten spadł na mnie, bo spostrzegłem kaprala jako pierwszy. Nieoczekiwanie wszedł na salę i stanął obok. Wrzasnąłem obowiązkowe: „Baczność!” Żołnierze momentalnie wskoczyli na nogi i przybrali pokorną postawę, z rękoma opuszczonymi na dół, potwierdzając, że są gotowi wykonać kolejny rozkaz, zgodnie z regulaminem. Ale kiedy tak samo głośno zacząłem kontynuować składanie dalszego meldunku, rozpoczynającego się od słów: „... Obywatelu, kapralu...” , - cała sala ryknęła śmiechem.
Meldunku nie skończyłem. Kapral uśmiechnął się. Powiedział, żebym dał: „Spocznij!” a potem zaczął wypytywać kiedy przyjechałem do Polski, jak się tu czuję, jak się mieszkało u sąsiadów... Nie zapytałem się jednak, w jaki sposób, na podstawie dwóch słów, potrafił poznać, że przyjechałem ze Związku Radzieckiego.
Oczywiście na ten temat już w pierwszych godzinach tak zwanego czasu wolnego najwięcej chcieli wiedzieć koledzy z plutonu, a szczególnie z drużyny. Większość z nich pochodziło z różnych rejonów Polski. Jednak tylko na początku zadali kilka pytań na temat Związku Radzieckiego. Bardziej ich interesowały Mazury - nieznana kraina jezior i lasów. Nasza jednostka przyjeżdżała na te tereny w okresie letnim i nie było tajemnicą, że najdłużej będziemy na lotnisku w Szymanach, niedaleko Szczytna. Im bliżej był czas wyjazdu, tym więcej kolegów przypominało, że pojedziemy na moje Mazury i do mego Szczytna. Kiedy przez całą Polskę jechałem do domu na kilkudniowy urlop z Bielska - Białej, bo w tym mieście przebiegała moja służba, to nie była to podróż gdzieś na jakąś bliżej nieokreśloną północ, ale na Mazury i do mego Szczytna.
W wojsku miałem dwóch kolegów „zza Bugu”. Z jednym znałem się tylko w ciągu trzech miesięcy, na kursie kierowców w Krakowie. Jego również można było łatwo poznać po pierwszych wypowiedziach, bo jeszcze bardziej niż ja „zaciągał” i mówił ze wschodnim akcentem. Z drugim znałem się dłużej, chociaż był ze starszego rocznika. Spotkałem się z nim w Bielsku - Białej, kiedy trafiłem do kompanii samochodowej.
Wyższy ode mnie, chyba silniejszy, służył drugi rok. Zawsze pocieszał, że służba minie bez żadnych problemów, że nie ma powodów do obaw również podczas skoków, bo przecież nie jeden raz już skakał i nic się nie stało. Czułem promieniującą od niego siłę, pewność i nieprzemijający optymizm, który nie opuszczał go nawet wtedy, kiedy z powodu wydarzeń na Kubie wydano nam amunicję, kiedy w pośpiechu układaliśmy spadochrony do skoku, a na noc nie pozwolono zdjąć mundurów. (To nie był ten moment, kiedy radzieckie okręty płynęły w kierunku wyspy, a amerykańskie ogłosiły blokadę. Wydarzenia miały miejsce wcześniej w związku z nieudaną inwazją w „Zatoce Świń). Wtedy też Józef K. próbował pocieszać i wyrażał nadzieję, że wojny być może nie będzie.
Z dumą powtarzał, że urodził na Kresach Wschodnich, ale teraz jego dom jest na Warmii i Mazurach. Szczęśliwy, po zakończeniu służby odchodził do cywila. Mieszkał chyba w pobliżu Morąga. Jakież było moje zdziwienie i zaskoczenie, kiedy po powrocie z wojska, przeczytałem w „Gazecie Olsztyńskiej”, że młody mieszkaniec wsi... Józef K . wiózł wozem konnym ziemniaki z pola, spadł pod koła i w wyniku odniesionych obrażeń zmarł.
Praca na PKP, a następnie służba wojskowa, czyli obcowanie z coraz innymi osobami, wszystko razem spowodowało, że poziom władania językiem polskim znacznie się podniósł. Poważnie przyczyniło się do tego i to, że w domu znalazły się książki szkolne młodszych braci. Brałem je i czytałem wybiórczo, ale bardzo dużo. Ponadto, do naszej małej wioski w ciągu kilku lat, chyba raz w tygodniu, przyjeżdżał mikrobus jako filia biblioteki miejskiej. Wystarczyło w ustalonym dniu wyjść z domu na wiejską ulicę, żeby wypożyczyć książkę. Jedną z pierwszych, którą przeczytałem, była „Stara baśń” J. Kraszewskiego.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz