Prezes jak kapitan

From Giżycko


Pierwsza Spółdzielnia mieszkaniowa powstała w Giżycku w 1959 roku i od samego początku miała w nazwie wyraz „Mamry”, z którego byli dumni chyba nie tylko członkowie Spółdzielni, ale i pozostali mieszkańcy miasta. Takiej drugiej nazwy nie mogła mieć żadna inna spółdzielnia, chociaż w tym czasie powstawały na terenie całego kraju, jedna po drugiej. Bodźce w tym kierunku stworzył nasz Rząd, pod kierownictwem Partii, która jako najmądrzejsza siła narodu uznała, że Spółdzielnie szybko i na zawsze rozwiążą problem mieszkaniowy w kraju.
Potem ktoś dokładniej przyjrzał się powstającym spółdzielniom i chyba ze zdziwieniem zauważył, że w tym zakresie tworzy się zbyt wielki chaos. Polegał on między innymi na tym, że Zarządy w niektórych miastach zaczęły uzurpować sobie zbyt wielkie prawa i zaczęły nadawać Spółdzielniom swoje, jakieś wydumane nazwy. Nie potrafiły samodzielnie zrozumieć, że w całym kraju wszystko powinno być ujednolicone, że nie może być żadnego chaosu, a jedynym wyróżnikiem danej spółdzielni może być nazwa miasta i ulicy. Nic więcej.
Zaledwie zauważono tę niedorzeczność, jak odpowiednio zareagowano. Wkrótce wszystkie spółdzielnie otrzymały szczegółowe zalecenia, wskazujące sposoby na likwidację anarchii. Każdy Prezes został zobowiązany do przedstawienia w trybie pilnym problemu na najbliższym walnym zgromadzeniu i do przegłosowania uchwały przywracającej stan normalny, czyli zgodny z wytycznymi władz. Władze nie poprzestały jedynie na przesłaniu zwykłych pism. Ułatwiły też zadania podległym jednostkom, przysyłając opracowane, jednolite projekty odpowiednich dokumentów. Wystarczyło jedynie starannie wypełnić właściwe rubryki, to jest wstawić w odpowiednie miejsca nazwy miasta i adres siedziby spółdzielni. W ten sposób nazewnictwo miało być ujednolicone i uporządkowane, a wszelkie zbędne wstawki typu... „Mamry” i temu podobne, usunięte na zawsze.
O tej pierwszorzędnej sprawie dla funkcjonowania Spółdzielni dowiedzieli się członkowie osobiście od ówczesnego Prezesa, nieżyjącego już pana Henryka. Właśnie on otworzył zebranie, a potem przechodząc do meritum sprawy, powiedział, że jest „zobowiązany” i przeczytał odpowiednie pismo władz wyższych, żeby w końcu przedstawić projekt dostarczonej uchwały. Wynikało z niej, iż członkowie spółdzielni na walnym zgromadzeniu samodzielnie podejmują odpowiednią uchwałę i zmieniają nazwę Spółdzielni, wyrzucając zbędny wyraz „Mamry”.
Widocznie pośród większości zwykłych członków spółdzielni wystąpiło pełne zrozumienie inicjatywy władz wyższych, bo w sali rozległ się głośny szum, wyrażający pełne poparcie dla odgórnych inicjatyw. Ale w tym momencie obniżyła się też ogólna czujność zgromadzenia i ten moment zręcznie wykorzystali wrogowie demokracji i postępu. Odezwało się kilka głosów wichrzycieli, z jątrzącym pytaniem: czy to ma być samodzielna uchwała, czy takie jest odgórne polecenie?
Pan prezes zabrał głos ponownie, jeszcze raz powtórzył, że jest „zobowiązany” i jeszcze raz szczegółowo wyjaśnił, iż uchwała, którą jest „zmuszony” przedstawić będzie w pełni samodzielna, ale zgodna z wytycznymi władz wyższych. Ci sami wichrzyciele odezwali się znowu, jeszcze głośniej, twierdząc, że nic nie rozumieją, a do nich dołączyły elementy chwiejne i doszło do tego, że nawet sam Prezes z pismem w ręku nie mógł znaleźć słów na ich zdyscyplinowanie. W końcu postanowił poddać projekt pod głosowanie, bo przecież „ciążył na nim” taki „obowiązek”. W tym momencie fala głośnego sprzeciwu minęła swoje apogeum i zaczęła lekko opadać, mimo że objęła również innych członków spółdzielni, głównie mało zorientowanych i podatnych na obce wpływy. Prezes umiejętnie wykorzystał rodzącą się cisze, doszedł do głosu i oświadczył, że na zasadach demokratycznych przedstawia Uchwałę pod głosowanie.
Wyczuwało się ogólne napięcie, ale w sali zapanowała cisza. Wzburzona fala niezadowolenia, wywołana przez kilka nieodpowiedzialnych osób, na moment przycichła, tak jak w dawnych latach na moment przycichało morze, kiedy marynarze wylewali za burtę oliwę, żeby, chociaż na krótko uspokoić spienione fale i w tym czasie dobić do brzegu. Wszyscy w napięciu słuchali jakże ważnej uchwały i bez wątpienia byli gotowi ją przegłosować zgodnie z życzeniem władz, bo przecież nie mogło być żadnej samowoli.
Prezes upodobnił się do kapitana, który osobiści stoi za sterami i prowadzi pewnie swój żaglowiec pośród wysokich fal. Trzymając przed sobą projekt uchwały, spokojnie ją czytał, od czasu do czasu spoglądał na obecnych, ale widocznie nie spostrzegł, że wichrzyciele jedynie przyczaili się i wyczekują, by doprowadzić w odpowiednim momencie do ponownego zamieszania. Nawet nie przeczuwał, do czego są zdolni. Miał już za sobą prawie całą uchwałę, nawet w połowie przedstawił nową nazwę, bo wypowiedział słowa: „Spółdzielnia Mieszkaniowa...”, i tylko na moment zawiesił głos, gdyż potrzebował zaczerpnąć nowy haust powietrza, by wypowiedzieć ostatnią myśl. Tak samo kapitan przy brzegu, przestawał na moment obracać kołem sterowym, zbierał dodatkowe siły, a potem zgrabnym manewrem, z jednoczesnym wsparciem całej załogi przy linach, wprowadzał bezpiecznie swój okręt do cichej zatoki.
Dotychczasowe doświadczenie wskazywało, że Prezes nie powinien mieć wątpliwości, iż uzyska poparcie wszystkich zebranych na sali. Stał pewnie za stołem prezydialnym i trzymał przed sobą uchwałę, jak ster do dalszego kierowania Spółdzielnią. Przerwa, która wynikła z konieczności, była wyjątkowo krótka, wystarczyła zaledwie na jeden głębszy oddech. Spokojny wzrok Prezesa znowu był skierowany nie na salę, lecz na ważny dokument. Zerknął na moment jeszcze raz na wypowiedziane już słowa „Spółdzielnia Mieszkaniowa...” i skoncentrował się na wyrazach „... w Giżycku”, żeby odczytać je głośno i bezbłędnie, kiedy w sali kilka nieodpowiedzialnych osób głośno krzyknęło „Mamry”. Tak nikczemnej zdrady nikt się nie spodziewał.
Oczywiście Prezes przerwał dalsze czytanie, a potem oświadczył, że w tej sytuacji jest „zmuszony” powtórnie przeczytać ten sam fragment Uchwały, we właściwym brzmieniu. Niestety, ponownie po słowach „Spółdzielnia Mieszkaniowa...”, jeszcze więcej osób głośno krzyknęło „Mamry”. Wyglądało na to, że nie zdawali sobie sprawy z tego, co czynią i dali się wplątać w niecne rozróby małej grupki politykierów. Należy oddać sprawiedliwość Prezesowi, że dołożył wszelkich starań, żeby wprowadzić w życie polecenie władz wyższych. Nie wykazał przy tym najmniejszego zdenerwowania i spróbował po raz trzeci doprowadzić do uchwalenia właściwej uchwały. Nie zapomniał przy tym zaznaczyć, że z racji zajmowanego stanowiska jest do tego „zobowiązany”. Ale nawet ten argument nie przemówił do rozsądku nieodpowiedzialnych osób.
Teraz, już nie pojedyncze głosy, ale prawie cała sala po słowach „Spółdzielnia Mieszkaniowa...” krzyknęła jednym tchem... „Mamry”, wyprzedzając Prezesa o krótki moment, który tym razem postanowił nie przerywać swego czytania i wypowiedział spokojnie na zakończenie ostanie wyrazy z nazwy Spółdzielni „... w Giżycku”.
Wichrzyciele cieszyli się, twierdząc, że przegłosowali nazwę z wyrazem, którego miało nie być. Pozostali obecni byli widocznie na tyle naiwni, że nie zdawali sobie sprawy, iż idą bezkrytycznie „na sznurku”, za nieodpowiedzialnymi prowokatorami. Oceniając poziom podniecenia na sali, w terminologii marynistycznej, można było go określić jako „dziewiątą falę”, albo ten moment, kiedy rozlana oliwa przestaje działać, rozpływa się gdzieś i fale z jeszcze większą zawziętością atakują brzeg oraz statek, który szuka schronienia. Dziwniejsze jest jeszcze to, że w sali ponownie rozległ się szum, tym razem zadowolenia, który został wzmocnione głośnymi oklaskami, sprowokowanymi przez tych samych wichrzycieli. Pan Henryk nie podejmował już żadnych prób wykonania odgórnych poleceń i stwierdził głośno, że skoro taka jest wola zebranych, to wynik głosowania będzie odpowiednio zaprotokołowany, ale nie jest pewny, czy na takie rozwiązanie oczekiwały władze.
Ten przykład pokazuje jaskrawo, że nie zakończyła się, a czasami nawet nasilała się, walka sił demokracji i postępu z czarnymi siłami anarchii i reakcji, które wciąż próbowały siać zamęt i samowolę. Wydarzenia w restauracji „Mazurska” legły ciemną plamą na dotychczasowej historii miasta. Światlejsi mieszkańcy pragnęli jak najszybciej o tym zapomnieć. Być może z ich inicjatywy, co prawda po latach, ale niewątpliwie słusznie, restaurację przerobiono na „Supermarket”, wymazując ostatecznie tamten przykry incydent z historii miasta. Jego skutki szczególnie dotkliwie odczuła sama spółdzielczość mieszkaniowa, ponieważ wkrótce kolejka osób oczekujących na upragnione mieszkanie wydłużyła się do dziesięciu lat.
Można się domyślić, że w tamtym trudnym dla miasta okresie na wysokości zadania stanęły służby, odpowiedzialne za spokój i praworządność. Być może ich przedstawiciele uczestniczyli w tym walnym zgromadzeniu i w krótkim czasie potem zostały podjęte energiczne działania, które nie dopuściły do rozpowszechniania się anarchii na inne zakłady i jednostki. Widocznie próba siania zamętu została zdławiona w zarodku, a wszyscy zwolennicy postępowych idei jeszcze mocniej zwarli szeregi wokół swoich przywódców. Aż strach pomyśleć, do czego to mogło doprowadzić w przypadku, gdyby zlekceważono ten jakże nieodpowiedzialny wybryk. Fala anarchii mogła jak zaraza rozlać się dalej, przekroczyć granice powiatu, województwa. W najbardziej czarnym scenariuszu mogła ogarnąć cały kraj, a nawet zagrozić systemowi, który z takim trudem i poświeceniem budowały również sąsiednie kraje, ogarnięte braterską przyjaźnią.
Nie wiem, czy sam Prezes musiał z tego powodu tłumaczyć się, ale Spółdzielnia nie musiała wymieniać pieczątek i tak zostało do dnia dzisiejszego. Wypada mieć nadzieję, że tak zostanie, bo chyba na zawsze minęły czasy podejmowania „samodzielnych” uchwał „na dole” w oparciu o treści przygotowane „na górze”.
W wyniku powstania Spółdzielni, na terenie miasta wybudowano nowy budynek, w którym zamieszkali pierwsi członkowie. Stanął przy ulicy Kościuszki naprzeciwko szkoły nr 1, ze względu na barwę elewacji nazywanej powszechnie „Zieloną szkołą”. Wtedy funkcjonowała jednak szeroko rozpowszechniona opinia, że budownictwo spółdzielcze jest przeznaczone dla osób o wyjątkowo dobrym statusie majątkowym, albo na tyle naiwnych, że nie potrafią uzyskać mieszkania z tak zwanych zasobów komunalnych, gdzie nie obowiązywał żaden wkład finansowy własny. Nie można wykluczyć, że był to również efekt działalności wrogiej propagandy.

Brak komentarzy: